Skip to main content

Back on the raft

After a short break in Muara Ancalong – that we’ve mainly spent eating things other than rice, fish and eggs – we’re back on the raft. Even the journey back here was complicated: first we had lots of water coming into the boat, so to avoid the THIRD sinking we had to stop, get off, scoop out the water and reposition everything to keep the water out.

Then we got to Mesangat river, which connects the lake with the larger Kelinjau river (that goes through Muara Ancalong). Unfortunately Mesangat river is even drier than when we were leaving it two days ago. There’re lots of fallen logs and branches sticking out of the water, and because the current is quite strong, the journey is a bit like white water rafting. Except it’s upriver and the "white water" is actually brown and full of mud.

After 15 minutes we’ve managed to push the boat through the worst bit of the way (by "we" I mean Sebastian and the boat driver – I was focused on keeping my balance on the logs) and covered in mud we made it all the way to the raft.
Mesangat lake has reached the new low and the water level is now 60 cm so our raft became crooked and "land" has appeared behind it. This is a bit fun, but I’m worried that if the water doesn’t start rising we’ll eventually slip off the raft (or also become crooked). So lets hope it rains soon!



Po małej przerwie w Muara Ancalong – którą spędziliśmy głównie na jedzeniu rzeczy innnych niż ryż, ryby i jajka – wróciliśmy na naszą tratwę. Sama podróż była już dość skomplikowana, bo najpierw nasza łódka zaczęłą nabierać wody, więc żeby uniknąć TRZECIEGO zatopienia musieliśmy stanąć, wyjść na brzeg, wylać wodę i troszkę pozamieniać się miejscami.

Potem dotarliśmy do rzeki Mesangat, która łączy jezioro z większą rzeką Kelinjau (nad którą leży Muara Ancalong). Niestety w rzece Mesangat jest jeszcze mniej wody niż kiedy z niej wypływaliśmy dwa dni temu. Wszędzie wystają powalone pnie i gałęzie, a że prąd jest dość wartki to podróż przypomina trochę rafting. Z tą drobną różnicą, że w górę rzeki, no i w wodze jest znacznie więcej błota.
Po 15 minutach udało nam się przepchnąć łódź przez najgorszą część trasy (mówiąc „nam“ mam na myśli Sebastiana i kierowcę łodzi – ja skupiałam się na utrzymaniu równowagi chodząc po pniach) i upaprani błotem szczęśliwie dotarliśmy do tratwy.

Poziom wody w jeziorze spadł już do 60 cm, więc nasza tratwa, za którą wyłonił się teraz „ląd“, lekko się przechyliła. Jest to może dosyć zabawne, ale obawiam się, że jak tak dalej pójdzie to albo w pewnym momencie ześlizgniemy z tratwy, albo my też się skrzywimy. Oby zaczęło padać!

Comments