Skip to main content

back in Mesangat (again)

It probably means I’ve been here for too long, but coming back to the raft feels a little bit like coming home… although my regular home has less monkeys and cockroaches.

The way back to Mesangat was even quite pleasant, despite the fact the lake has yet again reached a new low and the water level is now 38 cm (!). So we had to get out of the boat and push it for a bit. We saw a family of otters running across the bank – but Natascha and I both had the “oh, I’m never gonna get my camera out in time” moment – and then a family of proboscis monkeys.

Nasalis larvatus are endemic to Borneo and pretty easy to spot: they are large, orange-brown and you can find them near the river’s edge in early mornings and late afternoons. This doesn’t mean they’re easy to photograph. As soon as the boat is approaching the tree branches start shaking (that’s how you spot them actually – it would be really hard to notice a large brown monkey in a tree if it was staying still) and you can get a glimpse of proboscis monkeys running away. Of course, having our cameras somewhere at the bottom of our bags didn’t help. But it’s always nice to see proboscis monkeys in Mesangat – they’re much more shy and – unlike Anton – never steal our stuff.

It’s even nicer to finally spot some crocs in Mesangat again. Last night, after a week of nothing, I finally found a tomistoma. Unfortunately this one was smart: as we approached it dived (which is normal) but instead of staying at the bottom, so we could find it and snare it up, it swam away. I’ve spent 15 minutes combing through the bottom with the spotlight only to eventually look up and see the croc look at me from 20 m away (it was probably thinking “what on Earth did she drop in there?!”). But as soon as it realised we were coming again it dived under some vegetation mats and never came back. So the only thing we caught was a frog. Again.



Glimpse of a tomistoma




To chyba znak, że jestem tu już zbyt długo, kiedy powrót na tratwę wydaje się być powrotem do domu... chociaż w moim prawdzimy domu jest trochę mniej małp i karaluchów.
Ale nawet wczorajsza podróż powrotna była całkiem przyjemna, mimo że poziom wody spadł już to 38 cm (!) i musieliśmy kilka razy wychodzić z łódki, żeby przepchnąć ją przez najgorsze mielizny. Widzieliśmy rodzinę wydr biegającą po brzegu – obie z Nataschą stweirdziłyśmy, że „i tak nie zdążymy wyciągnąć aparatów“ (zdążyłybyśmy) – i rodzinę nosaczy.

Nosacze (Nasalis larvatus) występują tylko na Borneo i dość łatwo je zauważyć: to duże, pomarańczwo-brązowe małpy, które wczesnym rankiem i późnym popołudniem przychodzą nad rzekę. Nie znaczy to, że łatwo je fotografować. Kiedy tylko zbliża się łódka, gałęzie drzewa, na którym siedziały małpy zaczynają się trząść i można czasem dostrzec jakiś fragment uciekającego nosacza. Oczywiście trzymanie aparatu na dnie torby nie pomaga. Ale zawsze miło jest zobaczyć nosacze nad Mesangat – są bardzo płochliwe i w przeciwieństwie do Antona nigdy nie kradną.

Jeszcze milej jest w końcu znowu zobaczyć jakieś krokodyle w Mesangat. Wczoraj, po tygodniu bez krokodyli w końcu znalazłam tomistomę. Niestety ta była dość sprytna: kiedy tylko się zbiżyliśmy zanurkowała (jak zwykle), ale zamiast zostać na dnie, żebym mogła ją złapać, odpłynęła. Spędziłam dobre 15 minut przeczesując dno lampą i w końcu zrezygnowana spojrzałam w bok – a jakieś 20 metrów od nas patrzył na mnie krokodyl (pewnie myśląc „co też ona mogła tam zgubić?!“). Ale kiedy tylko zaczęliśmy się zbliżać tomistoma znów zanurkowała, tym razem pod jakieś pływające roślny, i tyle ją widzieliśmy. Więc wczoraj udało nam się złapać tylko żabę. Znowu.

Comments