Skip to main content

Jumpy fisherman, 2 large crocs and rain


One of the fishermen I went surveying with last night is afraid of fish. Well, perhaps it's actually the crocodiles he's scared of, but every time a fish leaped out of the water he jumped and nearly fell out of the boat. Somehow I don't think he has much experience night fishing... The second fisherman kept laughing at him and at times I was laughing too, but we kept trying to calm him down saying 'i's a just a fish' or 'it's a frog'. We're not in Australia so I have yet to see any crocs leap out of the water. They're the quietest and most inconspicuous animals in Mesangat.

But eventually I spotted an eye shine and we made our way towards it. The jumpy fisherman handed me the scoop net but even from the distance I could see it would be useless. This croc was too big. When we got close it turned out to be C. siamensis, about 1.5 m long. Now if we were with Pak Brahim and in a bigger and more stable boat, I'd try to catch it. But the jumpy fisherman looked like he'd have a heart attack if I hauled the croc into the boat with us (and frankly there's no way I could do it without their help) and was very relieved when I said we can't catch it.

The croc slowly dived but soon we heard some rustling in the vegetation mat nearby. I said 'I'm sure it's just a rat... A very big rat... It's a crocodile! Let's go there!'. Neither of the fishermen moved. Then I saw the croc enter the water and it seemed to be an even larger C. siamensis. Finally I made the fishermen follow it but they were pretty slow and we soon lost the animal. So we surveyed on.

I wanted to check up on the camera traps near the nest, as the water level has changed again and we might have needed to adjust the angle. And it became obvious that the fishermen didn't have the faintest idea where we were. They've already gotten lost once on the way, but I assumed it was because of the water level change – it makes everything look slightly different. Luckily I had the GPS and managed to to find the right way both times. But it's a bit worrying when I become the most competent navigator in Mesangat.

And then it started to rain. It wasn't too heavy but it still made it hard to spot anything so I decided to go back to the raft. We had no engine so had to paddle and had about 3 km to go. The rain soon stopped but halfway back to the raft we heard a thunder. And then we heard the rain. This was probably the scariest moment I've ever experienced in Mesangat. Suddenly we were hit with a wall of water and all the hope I had for the fishermen to navigate us back died as none of us could see a thing. Again with my GPS I became the navigator and the person scooping out the water, which was gathering in the boat with an alarming speed. As we passed the spot where we saw the large crocs earlier, the jumpy fisherman tucked his legs in closer, but the danger of sinking was a lot more real.

Finally we made it to the flooded forest where the fishermen knew their way. More or less, as just in front of the raft we suddenly went the wrong way and got stuck on an underwater log. We were just on the opposite side of Mesangat river in the spot where Anton usually hangs out. Irna stepped out on the front porch to laugh at us but eventually we managed to dislodge ourselves from the log and made it to the raft. Covered in twigs and completely soaked .



Jeden z rybaków, z którymi wczoraj szukałam krokodyli, boi się ryb. W zasadzie, być może chodzi o krokodyle, ale za każdym razem gdy jakaś ryba z pluskiem wyskoczyła z wody, podskakiwał i prawie wypadał z łódki. Podejrzewam, że nie ma zbyt wiele doświadczenia w nocnym łowieniu ryb... Drugi rybak cały czas się z niego śmiał i ja czasem też, ale staraliśmy się go uspokoić mówiąc 'to tylko ryba' albo 'to tylko żaba'. Nie jesteśmy w Australii, więc krokodyle wyskakujące z wody raczej się tu nie trafiają. To jedne z najcichszych i najmniej widocznych zwierząt w Mesangat.

W końcu zauważyłam oczy krokodyla i popłynęliśmy w jego kierunku. Podskakujący rybak podał mi sieć, ale nawet z tej odległości wiedziałąm, że się nie przyda. Ten krokodyl był za duży. Kiedy się zbliżyliśmy okazało się, że to C. siamensis mający około 1,5 m długości. Gdybyśmy byli z Pak Brahimem i w trochę bardziej stabilnej łódce, to spróbowałabym go złapać. Ale podskakujący rybak był bliski ataku serca na myśl, że mogłabym mu wrzucić tego krokodyla do łódki (choć nie byłabym w stanie tego zrobić bez ich pomocy) i odetchnął z ulgą gdy oświadczyłam, że nie możemy go złapać.

Krokodyl powoli odpłynął ale po chwili usłyszeliśmy szelest w pobliskich zaroślach. Powiedziałam – To na pewno szczur... Bardzo duży szczur... To krokodyl! Płyniemy tam! - Żaden z rybaków się nie ruszył. Po chwili zobaczyłam krokodyla wchodzącego do wody. Wyglądał na jeszcze większego C. siamensis. W końcu udalo mi się przekonać rybaków do popłynięcia za nim ale byli bardzo powolni i szybko zgubiliśmy krokodyla.

Chciałam sprawdzić kamery przy gnieździe, bo poziom wody znów się zmienił i musieliśmy zmienić kąt ustawienia kamer. I okazało się, że żaden z rybaków nie ma zielonego pojęcia gdzie jesteśmy. Już wcześniej raz się zgubili, ale założyłam, że to przez zmianę poziomu wody – nagle wszystko wygląda zupełnie inaczej. Na szczęście miałam GPS i w obu przypadkach udało mi się odnaleźć drogę. Ale fakt, że nagle stałam się najbardziej kompetentnym nawigatorem w Mesangat nie napawał mnie optymizmem.

Nagle zaczęło padać. Nie zbyt mocno, ale i tak nie dało się zobaczyć żadnych krokodyli, więc postanowiłam wrócić na tratwę. Ńie mieliśmy silnika a jakieś 3 km do wiosłowania. Wkrótce przestało padać ale w połowie drogi nagle usłyszeliśmy grzmot. A potem usłyszeliśmy deszcz. To był prawdopodobnie najstraszniejszy moment, jaki kiedykolwiek przeżyłam w Mesangat. Nagle trafiliśmy na ścianę wody i straciłam wszelką nadzieję na to, że rybacy znajdą drogę powrotną, bo absolutnie nic nie było widać. Znów stałam się nawigatorem z moim GPS. A drugą ręką wylewałam wodę z łódki, której nabieraliśmy z zatrważającą prędkością. Kiedy przepływaliśmy koło miejsca, gdzie wcześniej zauważyliśmy duże krokodyle, podskakujący rybak skulił się w łódce. Ale niebezpieczeństwo zatonięcia było znacznie bardziej realne niż atak krokodyla.

W końcu dotarliśmy do zalanego lasu, przez który rybacy potrafili już znaleźć drogę. Mniej więcej, bo tuż przed tratwą skręciliśmy w złą stronę i utknęliśmy na powalonym pniu. Byliśmy tuż po drugiej stronie rzeki Mesangat, w miejscu, gdzie często widujemy Antona. Irna wyszła na ganek trochę się z nas pośmiać. W końcu udało nam się odbić od pnia i dotarliśmy na tratwę. Kompletnie przemoczeni i cali w gałązkach.

Comments